Gruzja od środka · 6 min czytania

Guesthouse'y w Swanetii - czego się spodziewać?

Prosto, ciepło i domowo. Bez ręczników w kształcie łabędzia, za to z kolacją, po której nie da się wstać od stołu.

Pies na tarasie guesthouse'u w Swanetii z widokiem na góry
Pokoje
2-4 osoby
Łazienka
czasem w pokoju, czasem na korytarzu
Wi-Fi
zwykle jest, zwykle wolne
W cenie
nocleg, śniadanie, kolacja

Co to właściwie jest guesthouse

To dom rodziny, w którym część pokoi przeznaczono dla gości. Gospodarze mieszkają obok, gotują w tej samej kuchni, w której gotują dla siebie, a wieczorem często siadają z tobą przy stole.

Standard jest prosty i różny w każdej wsi. W Mestii bywa bliżej małego pensjonatu, w Adishi czy Iprari to zwykle dom z piecem, kilkoma pokojami i widokiem na góry z okna.

Konkrety, o które ludzie pytają najczęściej

Zanim zapytasz nas mailem - większość odpowiedzi jest tutaj.

  • Gorąca woda: jest, ale bywa w kolejce. Kto wraca ze szlaku pierwszy, ten ma najcieplejszy prysznic.
  • Ogrzewanie: piec na drewno w części wspólnej, w pokojach bywa chłodniej. Koce są, dodatkowe też - wystarczy poprosić.
  • Prąd: gniazdka typu C/F, 220 V. W wioskach zdarzają się krótkie przerwy w dostawie.
  • Wi-Fi: w Mestii dobre, w Adishi i Iprari raczej symboliczne. Karta SIM (Magti, Geocell) działa lepiej niż większość sieci domowych.
  • Ręczniki i mydło: zwykle są. Ręcznik szybkoschnący i tak warto mieć.
  • Pranie: w Mestii da się oddać, w mniejszych wsiach pierze się w umywalce.
Gruziński stół z chaczapuri, serami i warzywami
Kolacja w guesthousie. Porcje bywają nieprzyzwoicie duże.

Jedzenie

Śniadanie: chleb, sery, jajka, masło, dżemy domowej roboty, czasem naleśniki, zawsze herbata i kawa. Kolacja: kilka misek na środku stołu - lobio (fasola), badridżani (bakłażan z orzechami), sałatki, ziemniaki, zupa, chaczapuri, czasem chinkali albo mięso z grilla.

Wegetarianie mają w Gruzji zaskakująco dobrze: kuchnia postna to duża część tradycji. Alergie i diety zgłoś przy zapisie - przekazujemy je gospodarzom wcześniej, bo na miejscu jest to trudniejsze.

Wino i czacza pojawiają się same z siebie, zwykle domowe. Nikt nie każe pić, ale toast wznieść wypada.

Savoir-vivre po swańsku

Buty zdejmuje się w progu. O zdjęcie gospodarzy warto zapytać - zwykle się zgadzają i zwykle są dumni. Nie zostawia się jedzenia na talerzu z zasady, ale prośba o mniejszą porcję nie obraża nikogo.

Napiwek nie jest obowiązkowy, ale kilka lari za wyjątkową kolację albo pomoc z bagażem trafia dokładnie tam, gdzie powinno: do lokalnej rodziny, a nie do sieci hotelowej.

Dlaczego nie wybieramy hoteli

Bo to nie jest hotel i w tym tkwi sens. Wieczór przy jednym stole z gospodarzami, ich opowieści o zimie odciętej od świata i pies, który przez cztery dni idzie z grupą, zostają w pamięci dłużej niż jakikolwiek bufet.

Pieniądze zostają w Swanetii, a my wracamy do tych samych domów co rok. To dlatego drzwi otwierają się szerzej niż przed przypadkową grupą.