- Pokoje
- 2-4 osoby
- Łazienka
- czasem w pokoju, czasem na korytarzu
- Wi-Fi
- zwykle jest, zwykle wolne
- W cenie
- nocleg, śniadanie, kolacja
Co to właściwie jest guesthouse
To dom rodziny, w którym część pokoi przeznaczono dla gości. Gospodarze mieszkają obok, gotują w tej samej kuchni, w której gotują dla siebie, a wieczorem często siadają z tobą przy stole.
Standard jest prosty i różny w każdej wsi. W Mestii bywa bliżej małego pensjonatu, w Adishi czy Iprari to zwykle dom z piecem, kilkoma pokojami i widokiem na góry z okna.
Konkrety, o które ludzie pytają najczęściej
Zanim zapytasz nas mailem - większość odpowiedzi jest tutaj.
- Gorąca woda: jest, ale bywa w kolejce. Kto wraca ze szlaku pierwszy, ten ma najcieplejszy prysznic.
- Ogrzewanie: piec na drewno w części wspólnej, w pokojach bywa chłodniej. Koce są, dodatkowe też - wystarczy poprosić.
- Prąd: gniazdka typu C/F, 220 V. W wioskach zdarzają się krótkie przerwy w dostawie.
- Wi-Fi: w Mestii dobre, w Adishi i Iprari raczej symboliczne. Karta SIM (Magti, Geocell) działa lepiej niż większość sieci domowych.
- Ręczniki i mydło: zwykle są. Ręcznik szybkoschnący i tak warto mieć.
- Pranie: w Mestii da się oddać, w mniejszych wsiach pierze się w umywalce.

Jedzenie
Śniadanie: chleb, sery, jajka, masło, dżemy domowej roboty, czasem naleśniki, zawsze herbata i kawa. Kolacja: kilka misek na środku stołu - lobio (fasola), badridżani (bakłażan z orzechami), sałatki, ziemniaki, zupa, chaczapuri, czasem chinkali albo mięso z grilla.
Wegetarianie mają w Gruzji zaskakująco dobrze: kuchnia postna to duża część tradycji. Alergie i diety zgłoś przy zapisie - przekazujemy je gospodarzom wcześniej, bo na miejscu jest to trudniejsze.
Wino i czacza pojawiają się same z siebie, zwykle domowe. Nikt nie każe pić, ale toast wznieść wypada.
Savoir-vivre po swańsku
Buty zdejmuje się w progu. O zdjęcie gospodarzy warto zapytać - zwykle się zgadzają i zwykle są dumni. Nie zostawia się jedzenia na talerzu z zasady, ale prośba o mniejszą porcję nie obraża nikogo.
Napiwek nie jest obowiązkowy, ale kilka lari za wyjątkową kolację albo pomoc z bagażem trafia dokładnie tam, gdzie powinno: do lokalnej rodziny, a nie do sieci hotelowej.
Dlaczego nie wybieramy hoteli
Bo to nie jest hotel i w tym tkwi sens. Wieczór przy jednym stole z gospodarzami, ich opowieści o zimie odciętej od świata i pies, który przez cztery dni idzie z grupą, zostają w pamięci dłużej niż jakikolwiek bufet.
Pieniądze zostają w Swanetii, a my wracamy do tych samych domów co rok. To dlatego drzwi otwierają się szerzej niż przed przypadkową grupą.



